Na dwa miesiące zniknęłam z mapy. (Na tabliczce z nazwą miejscowości ktoś nabazgrał sprayem Koniec Cywilizowanej Europy i tak, miał rację). Zniknęłam ja, albo zniknął świat, sama nie wiem, zależy, czy tak jak podejrzewam, jestem niepodważalnym centrum wszechświata, czy jednak orbituję gdzieś na jego peryferiach. Zamknęłam się w jednym pokoju, domu, lesie i nie musiałam robić nic, nie musiałam się niczym martwić, mogłam zapomnieć o studiach i egzaminach, o praktykach i straconych szansach, o braku życia, które i tak jest przereklamowane, o tym wszystkim, co przez dziesięć miesięcy spędza mi sen z powiek. (Dziesięć, nie dziewięć, bo wrzesień się nie liczy. Wrzesień to poprawki, wrzesień to brat w szkole i rodzice w pracy, więc nie, wtedy muszę się znowu pojawić, wrócić do rzeczywistości). Pisałam, czytałam, odpoczywałam, nawet spędziłam trochę czasu z przyjaciółką - a jednak wrażenie zmarnowanego czasu zostawia w ustach gorzki posmak. Nie napisałam w końcu tego, co chciałam i tego, co chciałam, nie przeczytałam. Nie poznałam nikogo, nie postąpiłam kroku naprzód. To świat poszedł do przodu, a ja kryłam się w jakiejś paralelnej rzeczywistości, w której jest tylko las i morze, i piasek, tym piaskiem mi ktoś sypnął w oczy i zasnęłam, cały ten czas przespałam, tak.
Tym mniej przyjemna jest pobudka.